Drogi Fejsbuniu

Dzisiaj razem z Miśkiem obejrzeliśmy nasz ulubiony serial. Co prawda nie skończył się tak, jak przewidywałam, ale w trakcie jego trwania zjedliśmy moje ulubione chipsy i wypiliśmy przepyszny koktajl. Misiek miał na sobie te zielone skarpetki, które tak lubię. Jutro prawdopodobnie pójdziemy na spacer do zoo, a potem spotkamy się z Kaśką i Tomkiem. Zresztą sam się przekonasz…

Facebookowe wywody zalatują żenadą, a ja z lekkim zniechęceniem spoglądam na niektóre wpisy swoich znajomych, czytam podobne historie i oglądam relacje w postaci słitfoci. Zaśmieciliśmy Facebooka, kołacze w głowie nachalna myśl. To nie jest już miejsce wymieniania się spostrzeżeniami o otaczającej nas rzeczywistości, wspólnych pasjach i zawierania nowych bądź odnawiania starych znajomości, ale swego rodzaju, nazwijmy rzecz po imieniu, śmietnik. Wystawiliśmy na widok publiczny wszystko. Mówimy o wszystkim i pokazujemy wszystko, łącznie z tym, co jedliśmy na śniadanie, obiad i kolację. Dzisiaj rano usmażyliśmy naleśniki, ale znajomi w komentarzach napisali, że ostatnie bułki z dżemem były lepsze, więc następnym razem wrócimy jednak do tych bułek. Tylko zmienimy dżem. A na obiad miała być pomidorowa, ale Baśka napisała, że je krewetki, to u nas może schabowy wjedzie. Chociaż nie, lepiej zameldować się w jakiejś modnej knajpce w mieście, będzie tak bardziej luksusowo/światowo. Tak, na wszelki wypadek może sfotografuję też bilecik z napisem „rezerwacja”, żeby wszyscy wiedzieli, że nie znaleźliśmy się tam przez przypadek.

Sprzedaliśmy się? Cóż, wszystko wskazuje na to, że umowa sprzedaży odbyła się tak jakby za naszymi plecami. Bo nieświadomi swoich zachowań upubliczniamy to, o czym inni niekoniecznie chcieliby wiedzieć, ale uparcie wierzymy, że jednak ich to zainteresuje. A i owszem, zainteresuje, bo człowiek jest tylko człowiekiem i plotki lubi. Jak ktoś zaprzeczy, to nie uwierzę, bo świadomie lub też nie informacje o innych do nas przychodzą, przechodzą i idą dalej w świat, a my, jak na tych niezainteresowanych, zazwyczaj jesteśmy bardzo dobrze poinformowani. Plotka goni plotkę, a w całej tej gonitwie słitfoci, lajków i ocierających się o kicz wpisów, tworzy się swego rodzaju wyścig o to, kto ma ładniejszy dom, dziecko, psa, kto ciekawiej spędził wakacje czy majówkę. Dorzucamy, upubliczniamy, podbijamy i „sprzedajemy” coraz więcej i więcej. Zamiast hamować tych, którzy zasypują nas informacjami ze swojej kuchni i sypialni, zaczynamy do nich dołączać. I prześcigamy się w nobilitacji swojego życia. Licytujemy, kto da więcej, bo przecież nie możemy być gorsi od innych.

Tym trudniej uwierzyć, że w tym wyścigu pozostali jeszcze tacy, którzy potrafią zamieścić wartościowe, dowcipne treści lub nie zamieszczają nic. Po prostu obserwują. Ale niestrudzony Fejsbukowicz na tropie, który w pocie czoła dzień i noc się fotografuje i wybiera najlepsze foty na Fejsbunia, zapewne wie, co powinien na ten temat myśleć. Nie zamieszczają, bo nie mają ciekawego życia, pomyśli zapewne niejeden. Gdyby miał się czym chwalić, to by to przecież pokazał, teraz wszyscy tak robią. Moje życie jest zdecydowanie ciekawsze. Tak, bo Ty nawet z nowej pary trampek zrobisz cudo i najszczęśliwszy dzień swojego życia. I nie mam nic przeciwko, kiedy robią to osoby, które na co dzień zajmują się tym zawodowo. Ale czy naprawdę pozostali muszą dzielić się z resztą wirtualnej społeczności zakupem nowych butów i obiadem w pizzerii tuż za rogiem? Czy tak bardzo potrzebujmy akceptacji innych, żeby nasze życie miało sens? Czy samo w sobie, nieupublicznione, takie po prostu, już nam nie wystarcza? Chyba nie, bo w dzisiejszych czasach social mediów i wszechogarniającej technologii, chcemy być jak nasi idole, którzy wrzucają słitfocie z wielkich imprez, hoteli, zabaw i drogich restauracji. Chcemy poczuć się jak ktoś ważny i doceniany. I chcemy skosztować „wielkiego” życia, tylko w nieco mniejszym wymiarze.

Co zatem z człowiekiem, który nie dzieli się każdym aspektem swojego życia na forum? Czy jego życie jest nic nie warte, jeśli nie upublicznia go na Facebooku? A może to nie tak? Może to właśnie Ci, którzy tak „krzyczą”, próbują zagłuszyć swoje sumienie i przekonać wszystkich, a w szczególności samych siebie, że przecież moje życie jest OK. Bo ktoś zalajkuje i napisze, że jest pięknie, słodko, cudownie, cudnie, słitaśnie i czadowo. I powie to, w co tak bardzo próbuję wierzyć, że przecież mogę być jak te gwiazdy ze szklanego ekranu, że wszyscy będą mnie lubić, a może nawet kochać. Będą lajkować i komentować. Tylko mój ekran jest trochę mniejszy, a mój czerwony dywan trochę krótszy, no może nawet bardzo…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s