(Nie)koniecznie papierowe

Chwytam ją obiema rękoma i zastanawiam się co czeka mnie tym razem. Rozszerzone nozdrza wyczuwają woń świeżego druku, która unosi się w powietrzu. Pomiędzy palcami przerzucam kolejne kartki, jakbym chciała zrobić wstępne rozeznanie tego, co mnie czeka. Biorę głęboki wdech. Z niepewnością i zaciekawieniem otwieram ją i widzę początek historii.

Książka. To ona przenosi mnie w inny wymiar. Taki, do którego poznania nie potrzeba różdżki Harrego Pottera , czy umiejętności teleportacji. Tutaj konieczny jest dotyk. Wystarczy wziąć ją do ręki i zagłębić się w historię, którą opowiada. Uwielbiam ten moment, kiedy znika rzeczywistość, a ja przenoszę się do innego świata. A zwiedziłam ich już wiele. Pół roku temu kroczyłam śladami młodego pisarza, miesiąc temu poznałam historię amerykańskich uczniów, a obecnie zaczytuję się w życiu znanego radiowca. To tylko cząstka tego co za mną i tego co przede mną.

Czy to uzależnienie? Tak, książki mogą być nałogiem. Zdrowym nałogiem. To jedyne uzależnienie, do którego przyznaję się szczerze i otwarcie. Innych nie mam. Chyba. No bo jak inaczej wytłumaczyć to nieodparte wrażenie, dopadające mnie za każdym razem w księgarni, kiedy każda książka wygląda na tę, która powinna znaleźć się na mojej półce? Przecież każdą należałoby przygarnąć. Kupić i zabrać ze sobą. Bo na pewno ciekawa, wciągająca i fascynująca. I ten ból serca, a może i duszy, kiedy doprowadzam się do porządku i wmawiam sobie, że przecież na razie muszę się powstrzymać. Nie kupować. A natrętny głos w głowie krzyczy, że koniecznie muszę je mieć już, teraz, natychmiast, bez względu na wszystko, a przede wszystkim bez względu na to, że w kolejce czeka jeszcze kilka innych tytułów, że półki się uginają, a Ty do choinki nie masz aż tyle pieniędzy, żeby sobie na nie pozwolić.

To niczym mijanie wystawy z piękną biżuterią. Tak, jak większość kobiet nie potrafi przejść obok niej obojętnie, tak ja nie potrafię tak po prostu minąć witryny z książkami. Przecież one wołają mnie zza tej szyby. Głośno i nachalnie. Chociaż nie będę udawać, że ta pierwsza wystawa też mnie nie kręci. W końcu kobiecość i władczy znak zodiaku też przeze mnie przemawiają. Ale to ta druga zawładnęła większą częścią mojego serca i duszy.

Pamiętam, jak w podstawówce stale wypożyczałam książki ze szkolnej biblioteki, która znajdowała się w piwnicy. Kiedy szło się tam na przerwie zawsze była duża kolejka. Wiadomo, wypożyczało się przede wszystkim lektury szkolne, chociaż nie tylko. Zastanawia mnie jednak, czy w dzisiejszych czasach są jeszcze takie kolejki w bibliotekach, chociażby tylko po szkolne lektury? Czy w czasach nowych technologii uczniowie czytają już tylko streszczenia w Internecie? Czy ostali się tacy, którzy wolą dotyk papieru między palcami, a nie bezdusznego zimnego tabletu, który za pomocą muśnięcia palca pokazuje dalszą część historii?

Jedno jest pewne. Książki coraz bardziej tracą na znaczeniu, bo wypierają je nowe technologie. To smuci. Bo nasze społeczeństwo ogłupione reklamami i zewsząd wyskakującymi promocjami zwyczajnie nie czyta. Dzieci i młodzież nie rozwijają swojej wyobraźni za pomocą książek, ale przesiadują godzinami przed komputerami, tabletami itp. Tak wiem, nie wszystkie. To jeszcze cieszy i napawa optymizmem. Ale prawda jest taka, że większość rodziców nie rozwija w dziecku pasji czytania. Komputery wygrywają. A pisarze? Czy za kilkadziesiąt lat będą pisać tylko dla kilku wiernych fanów, przyjaciół, do szuflady?

Ja nadal chciałabym mieć możliwość obcowania z papierową książką. Taką, która pachnie drukiem, kurzy się na półce i jest całością, a nie wirtualnym zbiorem wyrazów. A kiedy przytrafi się okazja, iść na spotkanie z ulubionym autorem i podsunąć mu jego dzieło z prośbą o autograf, który zostanie tam na zawsze, pokazując upływ minut, godzin, dni, tygodni, lat.

Reklamy

2 myśli w temacie “(Nie)koniecznie papierowe”

  1. Nie umiem czytać e-booków. Chyba bym chciała, ale po prostu nie potrafię. Za cholerę. Taką już mam przypadłość i nic się nie da z tym zrobić. Wolę taszczyć dodatkowe kilogramy w torbie, upychać lektury na półkach, byle tylko nie czytać elektronicznych tak jakby książek, a jednak już chyba nie. Niby te same słowa, a tak naprawdę ani trochę, papier to papier, namacalny, prawdziwy, pachnący, a nie jakieś tam piksele. Tak, nie lubię e-booków, wolę książki, tradycyjne, z ładnymi okładkami, takie szeleszczące. I postoję w kolejce po autograf. I raczej w tej kolejce nikogo z e-bookiem nie spotkam.

    Polubienie

  2. Kocham książki i podobnie jak Ty uwielbiam ich zapach, ale na półkach miejsca mam coraz mniej, a w mieszkaniu ograniczony metraż i kolejny regał mi się po prostu nie zmieści. Dlatego też dla wygody przerzuciłam się na „Kundelka” 🙂 Elektroniczne książki mają ten plus, że w urządzeniu wielkości notesika mogę przewieźć pół biblioteki. Gdy kończę w podróży jedną książkę, zaczynam następną, a walizka nie musi być o kolejny kilogram cięższa 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s